RSS
wtorek, 12 września 2017
Klient zmienił umowę. I wygrał z bankiem! Dziwne to.

Zwykle to banki dokonują tego typu manewrów, zmieniając klientom jednostronnie wzorce umowne albo wprowadzając nowe wersje regulaminów, do których znajdują się odniesienia w umowach kredytowych. Klient, który chce coś zmieniać w umowie, często jest traktowany przez bankowców jak zawalidroga i pouczany, żeby się nie wymądrzał, bo od pisania umów to są bankowi prawnicy, a nie klienci.


Tym razem było inaczej. Dywersyjna działalność klienta stała się możliwa, bo zgłosił się do banku internetowego, a nie do "zwykłego", w którym dostałby do ręki wydrukowaną przez pracownika umowę i podpisałby się we wskazanym miejscu w dwóch lub trzech egzemplarzach. W banku internetowym, jak wiadomo, umowy, formularze i regulaminy są dostarczane klientowi w formie plików komputerowych. Klient te papiery drukuje, podpisuje i wysyła do banku (są już instytucje finansowe, które nawet kwestię podpisu załatwiają elektronicznie, czyli np. klient "podpisuje się" hasłem jednorazowym wysyłanym przez bank na telefon komórkowy).


Klient dopisał umorzenie kredytu do umowy.


Mój czytelnik, zgodnie z procedurą, wypełnił formularz w internetowym serwisie transakcyjnym banku. A ten wniosek rozpatrzył pozytywnie i przesłał e-mailem druk umowy.
Klient zachował się niestandardowo i... postanowił nanieść w otrzymanych dokumentach zmianę. A dopiero potem druki podpisać i odesłać do banku. Zmiana mieściła się w punkcie umowy o nazwie "oświadczenia". W paragrafie 6. klient naniósł dopisek: "Bank zobowiązuje się do całkowitego umorzenia kwoty kredytu i należnych odsetek do (...)". I tutaj stosowna data.
Bank odesłał klientowi umowę w brzmieniu zaproponowanym przez niego wraz z podpisami trzech pracowników banku: szeregowego, starszego inspektora oraz koordynatora.
W bankach mówią: "Nie przeczytałeś przed podpisaniem, to płać". A potem podsuwają coś, czego się nie da przeczytać bez asysty trzech prawników. Klient odwrócił sytuację. To bank musiał przeczytać umowę, którą sam spłodził. I w banku jej dokładnie nie przeczytali.
Klient stąpał po cienkim lodzie: warunki płatności powinny być wypisane w rozdziale oznaczonym "spłata kredytu", a nie "oświadczenia". Poza tym nowe brzmienie umowy rodzi konflikt między jednymi jej postanowieniami (mówiącymi o tym, że klient ma spłacić tyle a tyle) a innymi (że kredyt ma zostać w określonym terminie umorzony).


Sprawa załatwiona polubownie


Czytelnik złożył w banku wniosek o umorzenie kredytu. Odpowiedź przyszła po kilku tygodniach. Bank zażądał od klienta wykonania umowy w pierwotnym jej brzmieniu, nie honorując żadnych zmian. I postraszył klienta prokuratorem. Ja z kolei napisałem do banku list z prośbą o potraktowanie klienta nie jak oszusta i cwaniaka, lecz jako testera procedur w banku. Klient wykrył dziury i należą mu się podziękowania, a nie kara.
W banku - jak relacjonuje mi klient - pomyśleli dłuższą chwilę i zaoferowali takie oto salomonowe rozwiązanie: klient podpisuje aneks, w którym strony usuwają sporny dopisek klienta, a w zamian bank w innym miejscu umowy zmniejszy klientowi oprocentowanie kredytu do zera. Innymi słowy - w ramach ugody klient otrzyma kredyt bez odsetek. Mój czytelnik początkowo zaproponował, że spłaci tylko połowę kredytu, ale poprosiłem go, by przystał na propozycję banku. I - z tego, co wiem - tak właśnie się stało. Uważam, że to rozwiązanie fair. Co innego wywalczyć sobie darmowy kredyt, a co innego nie oddać pieniędzy, które się pożyczyło.
Wniosek z tej sprawy jest taki: bankowcy, upraszczajcie umowy, bo - jak widać na załączonym przykładzie - są tak zamotane, że sami ich nie czytacie przed podpisaniem!

Więcej: http://wyborcza.biz/biznes/1,147582,17484591,Klient_zmienil_umowe__I_wygral_z_bankiem_.html?disableRedirects=true

poniedziałek, 11 września 2017
Rozszyfrowano list opętanej przez diabła zakonnicy sprzed 341 lat. Dziwne to.

 

Nikt od stuleci nie potrafił rozszyfrować listu napisanego przez włoską zakonnicę. Aż do teraz. Siotra Isabella Tomasi twierdziła, że opętał ją diabeł i zmusił do spisania wiadomości, którą chce przekazać. Dopiero zespołowi informatyków z ośrodka badań Ludum Science Centre w Katanii udało się rozwikłać zagadkę pisma z XVII wieku.
Zakonnica, znana jako siostra Maria Crocifissa della Concezione, wstąpiła do zakonu w wieku 15 lat. To właśnie ona stała się autorką słynnego listu, który został napisany w kilku archaicznych alfabetach. Od stuleci nikomu nie dawało się odczytać tajemniczej treści, aż zespół informatyków pod kierownictwem Daniele'a Abate rozwikłał tę zagadkę. Badacze posłużyli się programem deszyfrującym ściągniętym z tzw. Deep Webu, czyli ukrytą siecią, która nie jest częścią zwykłego internetu. Według szefa zespołu rzeczonego programu używają państwowe agencje wywiadu do łamania kodów i szyfrów. Abate tłumaczy, że program został podłączony do baz językowych z antyczną greką, językiem arabskim, alfabetem runicznym i starożytną łaciną. Dzięki temu udało się odkryć, co zaszyfrowała w swoim liście "opętana" zakonnica. 
Siostra Maria miała niebywały talent do języków, co potwierdza także treść bardzo skomplikowanej wiadomości, w której zakonnica użyła mieszkanki różnych języków i alfabetów. To, co przeczytali badacze, osoby wierzące mogą uznać za bluźniercze. W 15 linijkach odczytanego tekstu zakonnica pisze o różnicach między człowiekiem, Bogiem i szatanem. Zakonnica stwierdza, że "Bogu wydaje się, że może uczynić śmiertelników wolnymi". Dodaje też, że Boga ludzie sami wynaleźli a "religia to system, który nie służy nikomu". W jej liście "Jezus jest tylko niepotrzebnym obciążeniem dla innych" - cytuje treść wiadomości Wirtualna Polska.
Warto dodać, że list jest napisany w taki sposób, że jego autor wydaje się być osobą chorą psychicznie. Zadziwiające są również okoliczności powstania pisma. Któregoś rana 1676 roku siostra Maria zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Obudzone zakonnice przybiegły do jej celi. Była cała ubrudzona tuszem, a obok leżała kartka pergaminu. Maria powiedziała, że opętał ją diabeł i zmusił do napisania listu. Benedyktyni bezskutecznie próbowali odczytać wiadomość, aż ostatecznie umieściły kartę w swoim klasztorze licząc na to, że w końcu komuś się to uda. 

Więcej: fakt.pl

środa, 06 września 2017
Continental wymyślił koło od nowa? Tarcza hamulcowa zintegrowana z felgą. Dziwne to.

Continental wymyślił koło od nowaHamulce zostały zintegrowane z felgą, dzięki czemu można było zastosować znacznie większe tarcze, a klocki zamontować od środka. Zapewnia to lepszą skuteczność hamowania, niższą masę, lepsze chłodzenie, a trwałość - pomimo że tarcze są wykonane z aluminium - ma wystarczyć na cały okres eksploatacji samochodu. Biorąc pod uwagę żywotność cena też będzie niższa.Kiedy wydawać by się mogło, że w pewnych kategoriach nic lepszego już się nie wymyśli, firma Continental postanowiła usprawnić jeden z oczywistych elementów samochodu, czyli koło. Celem projektu nie są jednak samochody z silnikami spalinowymi, a pojazdy elektryczne.Wszystko zostało stworzone po to, by zwiększyć skuteczność hamowania, a jednocześnie zmniejszyć masę i poprawić chłodzenie. Co więcej tarcza hamulcowa w nowych kołach została wykonana z aluminium.

Continental zapewnia jednak, że wybrano do tego specjalny stop, który charakteryzuje się większą wytrzymałością.Dlaczego aluminium? Dużo lepiej odprowadza ciepło, więc rozgrzane tarcze hamulcowe szybciej stygną, co obniża ryzyko ich przegrzania. Ponadto nowa koncepcja rozwiązuje problem skorodowanych tarczy hamulcowych, co znacznie ogranicza skuteczność konwencjonalnych hamulców.Koło firmy Continental składa się z aluminiowej felgi do której jest przykręcona tarcza hamulcowa. Dzięki temu, że zaciski montowane są nie od zewnątrz, a od wewnątrz tarczy, ta może mieć znacznie większe rozmiary, a przez to większą skuteczność i trwałość. Na tyle dużą, że koło ma wystarczyć na cały okres eksploatacji samochodu. Continental twierdzi także, że New Wheel Concept jest też lżejszy od standardowego koła, a biorąc pod uwagę większą żywotność, będzie też znacznie tańszy od standardowych felg i hamulców.Jest jeszcze kilka pozytywów. Ponieważ klocki znajdują się wewnątrz tarczy, zaciski mogą być mniejsze i lżejsze. Do tego siła przenoszona jest bardziej symetrycznie w stosunku do osi, a to znowu przekłada się na mniej hałasu podczas hamowania. Wszystko to ma sprawić, że samochody elektryczne będą uzyskiwały większy zasięg i przyjemniej się prowadziły.

Pozostaje jeszcze kwestia klocków hamulcowych, które trzeba będzie zmieniać raz na jakiś czas. Producent zaznacza, że ten proces będzie prostszy, niż w przypadku standardowego rozwiązania.Jeżeli ktoś chce zobaczyć nowy wynalazek na żywo, to oficjalny pokaz hamulców odbędzie się na targach IAA Cars, które rozpoczną się w dniach 14-24 września we Frankfurcie nad Menem. Póki co producent nie zdradza kiedy nowe hamulce zobaczymy w produkcyjnych samochodach elektrycznych.

Więcej: http://www.leftlane.pl/sie17/continental-wymyslil-kolo-od-nowa.html

poniedziałek, 04 września 2017
Nawet 9 kg na plecach. Niemal połowa dzieci nosi zbyt ciężki plecak. Dziwne to.

Wielu pierwszoklasistów, którzy już jutro pomaszerują po raz pierwszy do szkoły, poniesie na plecach tornistry wyładowane ponad ich siły. Lekarze zwracają uwagę, że w przyszłości odbije się to na ich zdrowiu - pisze dzisiejsze wydanie "Gazety Polskiej Codziennie".
Wielu pierwszoklasistów, którzy już jutro pomaszerują po raz pierwszy do szkoły, poniesie na plecach tornistry wyładowane ponad ich siły. Lekarze zwracają uwagę, że w przyszłości odbije się to na ich zdrowiu - pisze dzisiejsze wydanie "Gazety Polskiej Codziennie".W wyniku zbyt dużego obciążenia dosyć szybko u dzieci pojawiają się m.in. przewlekłe bóle pleców

Z badań Głównego Inspektoratu Sanitarnego wynika, że "niemal połowa dzieci w wieku wczesnoszkolnym nosi ze sobą zbyt ciężki plecak. Potwierdzają to wyniki piątej edycji programu Lekki Tornister, organizowanego przez Fundację Rosa i Fundację Sensoria w partnerstwie z GIS-em - czytamy w artykule.


Według zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego, waga szkolnego plecaka nie powinna przekraczać 10-15 proc. masy ciała dziecka. Tymczasem - z czego często nie zdają sobie sprawy ani rodzice, ani nauczyciele - tornistry bywają o wiele cięższe, przekraczając wspomniane wytyczne nawet czterokrotnie - alarmuje "Gazeta Polska Codziennie".​Ekspert: Warto patrzeć dzieciom na ręce - wyprawka szkolna to nie tylko plecak​Ekspert: Warto patrzeć dzieciom na ręce - wyprawka szkolna to nie tylko plecakPrzeciętnie dziecko objęte edukacją wczesnoszkolną nosi na swoich plecach ciężar od 6 do 9 kg. Uczniowie zabierają ze sobą nie tylko podręczniki i zeszyty, ale także dużo zabawek, gadżetów elektronicznych, ciężkie piórniki i bidony z napojami.
Tymczasem - jak zauważają eksperci - "w wyniku zbyt dużego obciążenia dosyć szybko u dzieci pojawiają się przewlekłe bóle pleców, bóle kręgosłupa, szczególnie w odcinku szyjnym i lędźwiowym. Dochodzi też do zmian w klatce piersiowej, co prowadzi do niewydolności układu oddychania". Wiele spowodowanych tym nadmiernym obciążeniem ujawnia się dopiero w życiu dorosłym.
Prostym rozwiązaniem problemu byłoby wprowadzenie na wyposażenie szkół szafek uczniowskich, jak to ma miejsce w wielu krajach - sugeruje "GPC".

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-nawet-9-kg-na-plecach-niemal-polowa-dzieci-nosi-zbyt-ciezki-,nId,2436105#

Tagi
Loading